Jak nie zwariować na urlopie macierzyńskim?

Ten, kto nazwał czas opieki nad noworodkiem i niemowlakiem „urlopem”, powinien się smażyć w piekle. Co tam w piekle! Powinien na wieczność na urlopie macierzyńskim przebywać. W turach po 68 tygodni, bo z trojaczkami. Rozumiem oczywiście, że ustawodawca miał na myśli urlop w sensie wolnego od pracy zarobkowej. Tyle, że zwykle jednak „urlop” kojarzy się z odpoczynkiem i taki cel mu przyświeca. A na macierzyńskim owszem odpoczywamy może po ciąży (można spać na niemal dowolnie wybranym boku, plecach czy brzuchu nawet!), ale za to lokator brzucha jest teraz po drugiej stronie całkowicie zdany na swoją matkę.

Mówisz, że to jednak urlop?

Urlop, to się kojarzy ze spacerami po plaży i wylegiwaniem na piasku, a nie noszeniem płaczącego tobołka po całym domu i spaniem z nim na klacie, bo akurat ma skok/zęby/temperaturę i nie chce spać inaczej. Urlop to sączenie kolorowych drinków i chłodnego piwka w romantycznej atmosferze, a nie herbatek ze słodem jęczmiennym z nadzieją, że pobudzi laktację i randkowania z laktatorem, bo akurat droga mleczna poszła nie do końca tamtędy gdzie zakładałyśmy. Na urlopie wstajemy, kiedy chcemy, wylegujemy się do 10:00 lub dłużej, jemy leniwe śniadanie w łóżku, a nie zrywamy się bladym świtem na kwęknięcia i stęknięcia (oby tylko) zegarka z napędem biologicznym niedającym się kompletnie wyregulować i potrzebującym tu teraz natychmiast… uśmiechnąć się do Ciebie, matko!

Na urlopie wybieramy sobie piękną górską trasę lub zjawiskowe ruiny do zwiedzania i idziemy, a nie pędzimy przed siebie z pojazdem, na który nie dają prawa jazdy z głośną, purpurową, zanoszącą się zawartością. Jeśli w czasie urlopu zadzwoni do nas szef, mamy prawo nie odebrać. Na macierzyńskim, jeśli nie zareagujemy odpowiednio wcześnie, możemy stracić najbliższe 60 minut na bezskuteczne próby uspokojenia nieutulonego płaczu. Niekiedy na urlopie oddajemy się radościom remontowym, ale i tak – nawet jeśli źle dobierzemy rodzaj szpachli czy farby, to ściana nie dostanie od tego krwawiących ranek na pupie. Długo by tak można. Chyba mamy zatem ustalone „urlop” macierzyński, to kompletnie nie to samo, co zwykły urlop.

Czego potrzebuję?

W związku z tym drogi mężu/nie mężu/partnerze/partnerko, to że nie wychodzę do pracy, nie oznacza automatycznie, że ja, tylko i wyłącznie ja mam się zajmować domem. Jeśli do tej pory obowiązku były podzielone, to dlaczego uważasz, że nagle mam mniej na głowie niż chodząc do pracy? A jeśli nigdy wcześniej nie były podzielone, to czemu uważasz, że teraz nic się nie zmieniło? Otóż zmieniło się wszystko. Lądowanie dziecka jest tylko z pozoru podobne do przygarnięcia kota i psa. Wtedy faktycznie można udawać, że wszystko jest jak dawniej plus jakieś miski na podłodze, zapas karmy i częstsze spacery. Niemowlaka nie da się zbyć byle przysmakiem, wypuszczeniem do ogrodu zamiast spaceru czy rzuceniem ringo. Ignorowanie jego sygnałów i potrzeb mocno wpływa na rozwój osobowości, nie mówiąc już o takich bliskich i przyziemnych zagrożeniach, jak odparzenia czy napad histerycznego płaczu.

Nie chodzi o ustalenie, kto ma gorzej, kto bardziej musi odpocząć po całym dniu, komu się bardziej należy. Na urlopie macierzyńskim jestem 24 godziny przez 7 dni w tygodniu na stanowisku. I choć czasem tak to wygląda, że ograniam idealnie, że jestem superwomen, to tak na prawdę – nie jestem w stanie wyłączyć swoich potrzeb na wieki. Muszę zjeść, wyspać się, wymyć. Tak samo jak Ty – czuję potrzebę przebywania w schludnym otoczeniu, wychodzenia z domu, spotykania innych ludzi. Owszem mogę to zrobić z dzieckiem. Ale czasem po prostu mam dość. Chcę znów poczuć się bytem odrębnym od tego małego ciałka. Potrzebuję odskoczni, żeby nie popadać w podły nastrój, żeby mieć cierpliwość do pięćsetnej zmiany pieluchy, do płaczu i zabiegania o moją uwagę.

Czas i wentyl

Potrzebuję trochę wysokiej jakości czasu tylko dla siebie. Nie, to nie musi być tydzień urlopu na rajskiej wyspie. Wystarczy pół godziny dziennie. I nie, nie będę w tym czasie myć podłóg, naczyń, okien, prasować, szorować fug i odkurzać żyrandoli (no chyba, że akurat uznam to za formę relaksu). To ma być mój czas. Czas na to, żebym poczuła, że mam jeszcze mózg. Czas na to, żebym użyła innych mięśni niż tylko przydatnych do tulenia dziecka. Może czas na to, żebym się rozwijała, zrobiła coś twórczego albo zadbała o siebie u fryzjera, kosmetyczki czy choćby w domowym spa. A czasem potrzebuję się po prostu wyspać. No ale, kurde, bez setek pytań w stylu: gdzie są pieluchy? w tym czasie!

Nie darmo mówi się, że urodzenie się dziecka to test dla związku. Okoliczności zmieniają się tak diametralnie, że te reguły, które sprawdzały się w dwuosobowym związku, teraz okazują się wadliwe. A może były takie od początku, a lądowanie małego człowieka tylko uwypukliło wady? Często kobiety dotyka mania perfekcjonizmu, chcą być idealnymi matkami, gosposiami, a siły na idealne żony już jakby mniej. A nawet kiedy już nie dają rady ciągnąc tego wózka, ciężko im rozstać się z obowiązkami, które przecież same na siebie zarzuciły. Liczą na to, że ktoś się domyśli, że je odciąży, ale tak, żeby same nie musiały prosić o pomoc. A jak ma się tego domyśleć facet, który przez x lat małżeństwa nie musiał nigdy nawet zmyć podłogi? A może uległ złudnemu czarowi „urlopu” macierzyńskiego i uważa, że w takim razie to on w domu już nic nie musi? Droga ku zmianie jest tylko jedna: kobieto, porozmawiaj ze swoim partnerem! (O roli współczesnego mężczyzny w rodzinie pisałam tu.)

Żeby nie zwariować, żeby pozostać sobą przez ten rok albo i dłużej wyłącznej opieki nad dzieckiem, potrzebujemy wentylu bezpieczeństwa. Czyli czegoś wyłącznie naszego, co pozwoli się zregenerować. I ok, może nie jednej wystarczy 10 minut na kawę względnego spokoju. Może niekiedy, to jedyne na co ta matka może liczyć w ciągu dnia. Ale jeśli do tej pory byłaś bardzo aktywna, Twoja praca polegała na mnogich interakcjach z innymi ludźmi, lubiłaś ruch, zamieszanie, poruszanie się po mieście czy też całkiem nowych nieznanych okolicach, to choćby Twoje dziecko było ósmym cudem świata (a zapewne jest), to opiekując się nim, będziesz się czuła jak w więzieniu.

Dlatego musisz – w interesie swoim i swojej rodziny także – musisz znaleźć swój wentyl. I nie ma znaczenia czy to będzie kąpiel i maseczka, machnięcie szydełkiem abażuru czy wyjście raz tygodniu na zumbę. Nie ważne czy uciekniesz do Biedry, do lasu, do biblioteki czy do przyjaciółki. Ważne, żeby to było coś dzięki czemu odpoczniesz, dzięki czemu stęsknisz się za widokiem swojego dziecka, co da Ci świeżą perspektywę i spokój wewnętrzny.

Jak nie zwariować?

Zawsze marzymy o magicznych rozwiązaniach, które sprawią, że nasze życie poprawi się od tak. Może już trochę się nauczyliśmy i nie nabieramy się na reklamy cudotwórczych proszków, dzięki którym schudniemy w mgnieniu oka. To, co proponuję też takim cudownym rozwiązaniem nie jest. Może się wydawać truizmem, może słyszałaś już to tysiąc razy, ale z moich doświadczeń i obserwacji wynika jasno: żeby przeżyć z radością pierwsze lata z dzieckiem (a może i kolejne też), należy wykonywać nieustannie dwa kroki.

  1. Odpuścić i podzielić się obowiązkami.
  2. Odnaleźć i powracać do swojego wentylu bezpieczeństwa.

Odpuścić nienagannie czyste mieszkanie, idealnie wyprasowane mieszkanie i odpuścić sobie – nie co dzień musisz układać włosy i nakładać balowy makijaż. Jeśli to jest Twój wentyl, to ok – poleruj parkiety (fakt odprężające…) albo wizażuj (no doba to też). Tylko, jeśli patrzysz na swoją twarz rano w lustrze i widzisz kupę, którą trzeba zamalować, to wybacz, ale problemem nie jest brak makijażu, ale to, co masz w głowie. Podziel się obowiązkami, poszukaj kogoś z kim możesz się podzielić, bo też nie zawsze może to być partner, prawda? Odpuść, ta osoba nie zrobi tego tak jak Ty. Nie oszukujmy się – tylko Ty tak idealnie przewiniesz dziecko, ale uwierz, że ktoś inny zrobi to wystarczająco dobrze.

Znajdź coś co Cię kręci, co Cię przyzywa do siebie mimo, że nie jesteś ani kształcona w tym kierunku, ani nie jesteś w tym mistrzem. To nie ma znaczenia! Po prostu rób to, żeby odświeżyć głowę.  A potem się tym chwal.

 

PS. Mój Drogi Mężu, dziękuję Ci za to, że przejąłeś obowiązki domowe, żebym mogła napisać ten tekst!

PS.2. Droga Czytelniczko! Drogi Czytelniku! Napisz, co myślisz. Zgadzasz się czy wywołałam u Ciebie mieszane uczucia a może nawet sprzeciw? Chcesz się pochwalić swoim wentylem? Śmiało! Komentuj tu lub na Fb lub Insta.

Autor

Natalia

Cześć! Jestem Natalią i jestem też "lub". Splatam swe życie z różnych funkcji - teraz na czele jest bycie żoną i mamą, a zaraz potem wirtualną asystentką i właścicielką dwóch kotek. Pisaniem porządkuję, to co wiem, tropię związki, przyczyny i skutki.